Kiedy pracuję z przedsiębiorcami nad nazwą firmy, bardzo często słyszę na początku: „Paweł, logo ogarniemy później, nazwę jakoś się wymyśli”. A potem… po dwóch latach rozwiniętego biznesu przychodzą z pytaniem, jak zrobić rebranding, bo nazwa nie pasuje ani do oferty, ani do klientów, ani do tego, gdzie firma już doszła.

Nazwa to nie dekoracja. To pierwsze wrażenie, filtr, przez który klienci patrzą na Twoją markę. Może dźwigać biznes albo go spowalniać. Przy e-commerce’ach, z którymi pracuję, dobrze dobrana nazwa realnie ułatwia sprzedaż, obniża koszty marketingu i poprawia konwersję, bo po prostu… ludzie ją zapamiętują i bez problemu wpisują w Google.

Widziałem już firmy, które wydały dziesiątki tysięcy na kampanie, a wciąż traciły ruch, bo nazwa była trudna do zapisania, myliła się z inną marką albo brzmiała niepoważnie. A z drugiej strony – projekty, gdzie prosta i przemyślana nazwa od razu „siadła” klientom i stała się osią całej komunikacji.

Co tak naprawdę robi dobra nazwa firmy

Dobra nazwa robi kilka rzeczy naraz.

Po pierwsze – ułatwia zapamiętanie. Krótkie, proste nazwy jak Apple, Visa czy Onet nie są przypadkiem. To słowa, które można wymówić bez zająknięcia, zapisać bez zastanawiania się nad ortografią i wpisać w przeglądarce z zamkniętymi oczami. Gdy pracuję z klientem nad nazwą, jednym z moich ulubionych testów jest prosty eksperyment: dzwonię do kogoś, mówię nazwę raz i proszę, żeby zapisał ją SMS-em. Jeśli dostaję coś zupełnie innego – wracamy do stołu.

Po drugie – buduje postrzeganie. Nazwa, którą łatwo powiązać z profesjonalizmem i konkretną wartością, sprawia, że firma od początku „wygląda poważnie”. Dlatego nazwę traktuję jak fundament brandingu. To wokół niej projektujesz logo, claimy, layout strony, komunikaty reklamowe.

Po trzecie – pomaga w SEO i szukaniu w internecie. Nie chodzi o to, żeby w nazwie wpychać słowa kluczowe jak „sklep internetowy buty damskie”, tylko o to, by połączenie nazwy i domeny dawało Ci przewagę: łatwość wpisania, uniknięcie kolizji z setką innych brandów i możliwość zbudowania fajnej, wyszukiwalnej marki.

Pomijając wszystkie „książkowe” teorie – z mojej praktyki wynika jedna rzecz: im bardziej przemyślana nazwa na starcie, tym mniej problemów (i kosztów) później. Rebranding po pięciu latach to już operacja na otwartym sercu, a nie drobna kosmetyka.

Cechy dobrej nazwy: prosta, unikalna, spójna z tym, co chcesz zbudować

Najczęściej zaczynam z klientami od trzech prostych pytań:
Czy tę nazwę da się łatwo wypowiedzieć? Czy da się ją łatwo zapisać? Czy ktoś ją zapamięta po jednym kontakcie?

Prostota nie oznacza jednak bylejakości. Spójrz na OSRAM – bardzo krótka, charakterystyczna nazwa, którą trudno pomylić z czymkolwiek innym. Podobnie Marwit – lekka, „żywieniowa” nazwa, gdzie pod spodem czai się skojarzenie z marchwią i witaminami. Dwa słowa, a od razu wiemy, że chodzi o coś z kategorii jedzenia i zdrowia.

Unikalność to drugi filar. Nazwa nie może tonąć w morzu podobnych. Pyszne.pl od początku zdominowało prostą kategorię „jedzenia online” właśnie dlatego, że było:

  • opisowe,
  • jednoznaczne,
  • i jednocześnie jako domena – wolne i łatwe.

Widać też, jak wiele marek celowo buduje unikalność przez pochodzenie nazwy. Miele nie jest, wbrew częstemu przekonaniu, od włoskiego „miód”, tylko od nazwiska założyciela – Carla Miele. To nadaje marce autentyczności: pod nazwą stoi konkretny człowiek i historia.

Podobnie Adobe – nazwa nie powstała w agencji kreatywnej, tylko została zaczerpnięta od pobliskiej rzeki Adobe Creek w Kalifornii, niedaleko domu współzałożyciela. Zwykła lokalna nazwa, a dziś ikona globalnego software’u.

Spójność ze strategią to trzeci element. Amazon nie nazywał się od początku Amazon. Pierwszy pomysł Jeffa Bezosa brzmiał „Cadabra”, ale szybko zrozumiał, że ta nazwa jest nieczytelna i brzmi jak „cadaver” (zwłoki). Zmiana na Amazon – od największej rzeki świata – była strzałem w dziesiątkę: skala, różnorodność, przepływ. Idealna metafora dla sklepu, który z czasem miał sprzedawać… wszystko.

PRO TIP: Kiedy oceniam nazwę, patrzę nie tylko na „jak brzmi dziś?”, ale też „czy po pięciu latach nadal będzie pasować, gdy firma wejdzie w nowe usługi, rynki, kanały sprzedaży?”.

Rodzaje nazw: opisowe, skojarzeniowe, abstrakcyjne i cała reszta

Podczas warsztatów nazewniczych zwykle rysuję klientom prostą mapę:
z jednej strony nazwy bardzo opisowe, z drugiej – całkowicie abstrakcyjne. Pomiędzy nimi jest cały świat skojarzeń, metafor, akronimów i nazw od nazwisk.

Nazwy opisowe

Tu nie ma filozofii: nazwa wprost mówi, czym się zajmujesz.
Wulkanizator.pl, Furgonetka.pl, Pyszne.pl – od razu wiadomo, o jaką usługę chodzi.

Tego typu nazwy świetnie działają na starcie: pomagają w SEO, budują zaufanie („wiem, co kupuję”) i ułatwiają komunikację. Minusem jest niższa oryginalność i ograniczenie – jeśli za trzy lata będziesz robić coś więcej niż wulkanizację, nazwa może zacząć Cię uwierać.

Nazwy skojarzeniowe

Operują na poziomie emocji, idei i opowieści.
Szlachetna Paczka – jedno zestawienie słów, a widzisz pomoc, dobro, solidarność.
Jan Niezbędny – imię plus przymiotnik, a za tym obraz „gościa od praktycznych rzeczy do domu”.
Polski Bus – proste, ale z jasnym komunikatem: transport, Polska, konkretna usługa.

Takie nazwy są świetne, gdy chcesz budować emocjonalną relację z klientem, a nie tylko „opisywać półkę w sklepie”.

Nazwy abstrakcyjne i neologizmy

Tu zaczyna się zabawa. Coca-Cola to klasyczny przykład nazwy, której brzmienie jest unikatowe, a pierwotnie odwoływało się do… zawartości kokainy w oryginalnej recepturze. Dziś to raczej ciekawostka historyczna, ale pokazuje, jak mocno nazwa może być związana z czasem i realiami, w których powstaje.

Yanosik – nazwa, która początkowo niewiele mówiła, ale dzięki produktowi (antyradar / asystent kierowcy) i konsekwentnemu marketingowi stała się synonimem konkretnego typu aplikacji.
OSRAM – krótka, zapadająca w pamięć, praktycznie bez znaczenia słownikowego, ale za to idealna do globalnej ekspansji.

Ciekawe są też marki, które bazują na lokalnym slangu. Xicorr, polska marka zegarków, wywodzi się z gwary warszawskiej. To świetny przykład, jak niszowe, lokalne skojarzenie może stać się przewagą – zwłaszcza, jeśli celujesz w grupę, która doceni taki smaczek.

Akronimy i skróty

BBC, CCC – krótkie, zwięzłe, łatwe do „wklejenia” w dowolne medium. Akronim działa szczególnie dobrze przy długich, formalnych nazwach spółek albo przy grupach kapitałowych.

Z drugiej strony mamy Pepco – wiele osób dopatruje się tu skojarzeń z „pepper” czy „pep”, a marka faktycznie wyrasta z południowoafrykańskiej firmy Pepkor i sieci PEP Stores. To kolejny przykład, że geneza nazwy bywa mało oczywista, ale jeśli stoi za nią realna historia – zyskuje na wiarygodności.

Aliteracje i „muzyczne” nazwy

Coca-Cola, Dunkin’ Donuts – powtarzające się dźwięki sprawiają, że nazwa jest przyjemna dla ucha i szybciej wpada w pamięć.
W e-commerce często wykorzystuję aliteracje w nazwach skierowanych do konsumentów – tam, gdzie liczy się lekkość i „fajność” brandu.

Nazwy od nazwisk i miejsc

Nazwa od nazwiska założyciela daje coś, czego żaden generatorek nazw nie da: osobistą odpowiedzialność.
Miele od Carla Miele, Drutex od nazwiska założyciela oraz branży (drzwi, okna, tekstylia techniczne), Marwit od nazwisk twórców i skojarzenia z naturą – te marki budują zaufanie właśnie przez to zakorzenienie w realnej osobie lub rodzinie.

Z nazwami od miejsc jest podobnie. Adobe – od rzeki Adobe Creek. Amazon – od rzeki Amazonki. Takie odwołania dodają marce „mięsa”, bo za jednym słowem stoi konkretna geografia, klimat, obraz.

Na forach branżowych czasem trafiam na mniej oczywiste interpretacje nazw. Jedna z ciekawszych, z jaką się spotkałem, to tłumaczenie nazwy Subaru przez pryzmat włoskich słów „impresa” (firma) i „impressia” (wrażenie). Czy to oficjalna etymologia? Nie. Ale pokazuje coś ważnego: dobrą nazwę da się kreatywnie interpretować i obudowywać znaczeniami.

Poniżej zbieram to w jedną tabelę, żebyś mógł szybko porównać, co do Ciebie najbardziej przemawia:

Rodzaj Nazwy Przykłady Kluczowe Zalety Potencjalne Wady
Opisowa Wulkanizator.pl, Pyszne.pl Jasne komunikowanie oferty, wsparcie SEO Mało oryginalna, ogranicza rozwój poza obecną branżę
Skojarzeniowa Szlachetna Paczka, Polski Bus Silne emocje, łatwe budowanie historii marki Czasem wymaga wyjaśnienia nowym odbiorcom
Abstrakcyjna Coca-Cola, PayPal, Yanosik, OSRAM Unikalność, elastyczność, łatwość zapamiętania Większe koszty budowania świadomości
Akronim BBC, CCC, Pepco Krótka, poręczna, dobrze działa w mediach Mało opisowa, sens buduje się dopiero z marką
Neologizmy / Aliteracje Dunkin’ Donuts, kreatywne zbitki Kreatywność, „muzyczność”, wyróżnienie Ryzyko trudnej wymowy lub zapisu

Kiedy pracuję z klientem nad nazwą, często wychodzimy z jednej kategorii, a kończymy w innej. Zaczynamy od opisowej, żeby złapać sedno biznesu, a potem ją „odklejamy” w stronę skojarzeniowej lub abstrakcyjnej, by zyskać więcej luzu na przyszłość.

Mitologie, lokalny klimat i „dziwne” inspiracje

Jedna z ciekawszych ścieżek, które coraz częściej eksplorujemy z klientami, to odwołania kulturowe. Wszyscy już widzieli nazwy nawiązujące do mitologii greckiej – Atena, Hermes, Apollo i tak dalej. To jest tak oklepane, że zlewa się w całość.

Dlatego coraz częściej podpowiadam: sięgnij po mitologię słowiańską albo nordycką. Te światy są mniej „zużyte”, a jednocześnie pełne mocnych, dźwięcznych imion i symboli. W branżach kreatywnych albo technologicznych potrafi to świetnie zagrać – szczególnie, jeśli naprawdę znasz historię, na którą się powołujesz, a nie tylko wrzucasz ładnie brzmiące słowo.

Podobnie z nazwami inspirowanymi naturą i ruchem. Historia marki New Balance krąży wokół obserwacji, jak stopy utrzymują równowagę – inspiracja przyszła z analizy anatomii i naturalnego rozłożenia ciężaru. To dobry przykład, że pomysł na nazwę może wpaść w zupełnie nieoczekiwanym momencie.

Zdarzyło mi się kiedyś podczas zwykłego spaceru po lesie zapisać w telefonie kilka nazw dla klienta z branży outdoor – wszystkie oparte na skojarzeniach z mgłą, szlakiem i świtem. Finalnie wybraliśmy tylko jedną, ale ta „sesja w terenie” zrobiła więcej niż dwie godziny w salce konferencyjnej.

PRO TIP: Zapisuj pomysły na nazwę, gdy tylko się pojawią – w telefonie, w notatniku, nawet na paragonie. Najlepsze skojarzenia często przychodzą pod prysznicem, w kolejce na poczcie albo w autobusie, a nie przy biurku.

Wymogi prawne: CEIDG, KRS i co „musi być” w nazwie

Teraz twarda strona tematu, o której sporo osób przypomina sobie dopiero na etapie rejestracji.

Jeśli zakładasz jednoosobową działalność gospodarczą, nazwę wpisujesz do CEIDG. Z punktu widzenia prawa w nazwie obowiązkowo musi pojawić się Twoje imię i nazwisko. Reszta – dopisek opisowy, kreatywny człon, slogan – to przestrzeń, w której możesz się już swobodnie poruszać.

Przykładowo:
„Paweł Nowicki” to wersja minimalna.
„Paweł Nowicki Konsultacje e-commerce” to już coś, co jednocześnie spełnia wymogi formalne i jasno mówi klientowi, czym się zajmuję.

W spółkach prawa handlowego (spółka z o.o., spółka akcyjna itd.) nazwa trafia do KRS i tutaj przepisy są ostrzejsze: nazwa musi się istotnie różnić od już istniejących wpisów, zawierać formę prawną i nie może wprowadzać w błąd co do profilu działalności. Jeśli planujesz oddziały, ich nazwy muszą wyraźnie nawiązywać do nazwy spółki-matki.

Zdarzyło mi się pracować ze spółką, która przyszła do mnie po pomoc dopiero po odrzuceniu nazwy przez sąd rejestrowy – bo była za bardzo podobna do już istniejącego podmiotu. Gdybyśmy zrobili dobre sprawdzenie na początku, oszczędziliby kilka miesięcy.

Czy nazwa jest „na zawsze”?

Nie. I to dobra wiadomość.

W JDG możesz zmienić nazwę w CEIDG praktycznie w dowolnym momencie, bez podawania powodu. W spółkach – robisz zmianę w KRS, przechodzisz przez formalności i jedziesz dalej.

Oczywiście, im później, tym drożej: szyldy, domeny, materiały, kampanie, pozycjonowanie – wszystko to trzeba będzie dostosować. Dlatego jestem zwolennikiem tego, żeby od razu podejść do tematu poważnie, a „plan B” traktować jako awaryjny, nie jako normę.

Jak pracuję nad nazwą z klientem – praktyczny proces

Kreatywność jest ważna, ale bez systemu łatwo utknąć albo zakochać się w nazwie, która po prostu nie zadziała. Mój typowy proces wygląda tak:

Zaczynam od burzy mózgów i mapy skojarzeń. Z klientem rozpisujemy:

  • co dokładnie robi firma teraz,
  • co potencjalnie będzie robić za 3–5 lat,
  • jakie emocje chcemy budzić,
  • jakich skojarzeń chcemy uniknąć.

Na jednej z takich sesji właściciel firmy logistycznej uparcie wracał do słowa „furgon”. Kilka godzin później narodziła się Furgonetka.pl – prosta, opisowa, ale z sympatycznym, lekkim wydźwiękiem.

Równolegle robię analizę konkurencji. Sprawdzam, jakie nazwy dominują w branży, czego jest za dużo (np. końcówek typu „-pol”, „-max”, „-tech”), jaką przestrzeń semantyczną pozostawili konkurenci.

Kolejny etap to wspomaganie się generatorami nazw i różnymi „sztuczkami”. Generatory potrafią podać zaskakujące kombinacje, na które sami byśmy nie wpadli – i choć rzadko bierzemy je wprost, bardzo często służą jako punkt odbicia do lepszych pomysłów.

W tle cały czas myślę o SEO. Nie wciskam na siłę fraz kluczowych w nazwę, ale patrzę, jak przyszła nazwa zagra w połączeniu z domeną, meta title strony czy opisami w katalogach firm.

Testowanie nazwy: zanim wydasz złotówkę na logo

Sam pomysł to dopiero połowa drogi. Druga połowa to sprawdzenie, jak ta nazwa działa na ludzi spoza Twojej głowy.

Z klientami robię kilka rzeczy:

  • pytamy współpracowników i partnerów – ale z dobrze zadanym pytaniem, nie „podoba Ci się czy nie?”, tylko: „z czym Ci się to kojarzy?”, „co byś pomyślał, widząc taki szyld przy ulicy?”;
  • robimy małą grupę fokusową – 6–8 osób z grupy docelowej, którym pokazujemy 3–4 kandydatury;
  • wrzucamy nazwy w kontekst – mock-up strony głównej, wizytówki, stopki maila.

Pamiętam test jednej nazwy dla brandu fashion. Na samej kartce brzmiała świetnie, ale kiedy wrzuciliśmy ją na wizualizację metki w sklepie internetowym, cała magia zniknęła. Uratowało nas to przed zainwestowaniem w wizerunek, który w realnym świecie wyglądał przeciętnie.

Bardzo lubię też szybkie testy w social media. Można odpalić dwie wersje reklam tej samej oferty z różnymi nazwami brandu i zobaczyć, która zbiera lepsze reakcje, kliknięcia, komentarze. To nie jest badanie naukowe, ale daje realne sygnały.

PRO TIP: Słuchaj nie tylko tego, co ludzie mówią, ale też jak się plączą przy wymowie. Jeśli połowa grupy fokusowej pyta: „jak to się… czyta?”, to masz problem.

Sprawdzanie dostępności i ochrona nazwy

Kiedy mamy shortlistę 2–3 nazw, wchodzimy w etap „kontroli lotów”.

Najpierw przeglądam CEIDG (dla JDG) i KRS (dla spółek), czy ktoś już nie działa pod bardzo podobną nazwą w tej samej branży. To nie tylko kwestia uniknięcia odrzutu w sądzie rejestrowym, ale też ryzyka, że klienci będą trafiać… do konkurencji.

Równolegle sprawdzam domeny. Idealna sytuacja to wolne .pl i .com zgodne z nazwą. Jeśli .pl jest zajęta przez aktywny podmiot w podobnej branży – zwykle odradzam daną nazwę, nawet jeśli formalnie moglibyśmy jej użyć.

Na koniec zostaje temat znaków towarowych. Rejestracja nazwy firmy (lub logotypu) w Urzędzie Patentowym RP daje Ci bardzo konkretną tarczę: dużo trudniej komuś „podpinać się” pod Twój brand, a Ty masz mocne narzędzie, gdyby ktoś to robił.

UWAGA: Zignorowanie tego etapu potrafi zaboleć. Zdarzyło mi się doradzać firmie, która po kilku latach działania dostała pismo od dużej korporacji z zastrzeżonym znakiem towarowym o bardzo podobnej nazwie. Skończyło się ugodą, ale kosztowało ich to nerwy, pieniądze i… zmianę nazwy pod presją czasu.

Najczęstsze błędy, które widzę przy wyborze nazwy

Przez 12 lat pracy nazbierałem całą kolekcję „wtop”, ale kilka powtarza się regularnie.

Pierwszy to zbyt skomplikowana nazwa. Długa, wieloczłonowa, trudna do wymówienia. Raz pracowałem z firmą, która miała w nazwie trzy angielskie słowa, z czego dwa rzadko używane w języku potocznym. W mailach cały czas pojawiały się literówki, a klienci wpisywali nazwę różnymi wersjami – większość lądowała… w Google, a stamtąd często trafiała do konkurencji.

Drugi błąd – ignorowanie negatywnych skojarzeń. W jednym projekcie odpuściliśmy świetnie brzmiącą nazwę, bo w jednym z języków, na rynek którego klient chciał wejść za dwa lata, brzmiała bardzo podobnie do wulgarnego słowa. Dobrze, że ktoś to sprawdził wcześniej, a nie po wejściu na dany rynek.

Trzeci – nazwy zbyt podobne do konkurencji. W e-commerce widziałem kilka sklepów, które tak bardzo „inspirowały się” liderem rynku, że użytkownicy mylili strony, a Google miał problem z jednoznacznym wynikiem na frazę brandową. Efekt? Wyższe koszty reklam i mniejsza skuteczność SEO.

Czwarty – pogoń za trendami. Dodawanie na siłę „360”, „expert”, „pro”, „AI” albo udziwniona pisownia tylko dlatego, że „tak teraz się robi”. Trendy mijają, a nazwa zostaje. Pracowałem przy rebrandingu firmy, która w nazwie miała element modny dziesięć lat temu. Dziś brzmiało to jak relikt epoki.

Piąty – brak porządnej weryfikacji dostępności. To jest ten moment, kiedy ktoś zakochuje się w nazwie, robi logo, stronę, wizytówki… a dopiero potem sprawdza, że domena jest dawno zajęta, a w KRS od pięciu lat działa bardzo podobna spółka.

Uniknięcie tych pułapek naprawdę podnosi szansę, że Twoja nazwa będzie pracować na markę, a nie ją hamować.

Przykłady nazw, z których możesz wyciągnąć lekcję

Lubię uczyć na konkretnych case’ach, bo to pokazuje, że za mocną nazwą zwykle stoi prosta, ale przemyślana koncepcja.

Amazon – jak wspominałem, wcześniej „Cadabra”. Zmiana na Amazon symbolizowała skalę i różnorodność. Nazwa nie ograniczała firmy do książek, więc gdy Amazon zaczął sprzedawać wszystko – nie trzeba było żadnych kombinacji.

Coca-Cola – nazwa nawiązująca do dwóch składników, w tym kokainy, która była w oryginalnej recepturze. Dziś to bardziej ciekawostka, ale pokazuje, jak bardzo konkretne realia epoki mogą wpływać na nazwę.

Drutex – prosta, techniczna nazwa, kojarząca się z czymś z pogranicza „drewno/druk/technika” – w praktyce świetnie pasuje do producenta okien. Krótka, mocna, dobra do eksportu.

Marwit – zgrabna kombinacja nazwisk i skojarzenia z marchewką oraz witaminami. Idealna dla marki oferującej naturalne soki i produkty „z pola”.

Pyszne.pl – wzorcowy przykład nazwy opisowej, która jest jednocześnie marketingowym komunikatem. Jeden wyraz, a wiesz, że chodzi o jedzenie i że będzie „pyszne”.

Jan Niezbędny – nazwa, która robi od razu dwie rzeczy: personalizuje markę (Jan = człowiek) i komunikuje użyteczność (niezbędny). Dla produktów domowych – idealne połączenie.

Yanosik – abstrakcyjna nazwa, która z czasem stała się własnym znaczeniem: „apka, która ostrzega o kontrolach”. Gdyby ktoś dziś szukał nazwy dla podobnej aplikacji, musiałby się do Yanosika odnieść albo całkowicie od niego odciąć.

Pepco – z zewnątrz brzmi lekko i retailowo; od środka – nazwa wywodzi się z Pepkor i PEP Stores. Dla mnie to fajny przykład, jak grupa kapitałowa przenosi swoją historię na nowy rynek.

Miele – nazwisko założyciela, które stało się synonimem sprzętu premium. Gdy pracuję z firmami rodzinnymi, często pokazuję ten case jako dowód, że nazwisko nie musi ograniczać, jeśli stoi za nim jakość.

Adobe i Caterpillar – Adobe od rzeki Adobe Creek, Caterpillar od spontanicznego „to wygląda, jakby czołgało się jak gąsienica”. W obu przypadkach codzienne słowa i skojarzenia, ale przekute w globalne marki.

Xicorr – zegarki zakorzenione w warszawskiej gwarze. Gdy pokazuję tę nazwę przedsiębiorcom, którzy działają lokalnie, często widzę błysk w oku: „my też mamy takie słowo w naszym mieście”.

Z polskiego podwórka, przy jednoosobowych działalnościach, często widzę konfiguracje typu: „Imię Nazwisko + opis”. Na przykład „Maciej Jóźwicki Fotografia Produktowa”. Nazwa jest formalnie poprawna (CEIDG), a jednocześnie buduje osobistą markę.

W każdym z tych przykładów wspólny mianownik jest jeden: nazwa jest świadomym wyborem, a nie przypadkową zbitką liter.

Najczęściej zadawane pytania – po ludzku

Na koniec zebrałem kilka pytań, które regularnie słyszę od klientów podczas konsultacji.

Co musi być w nazwie firmy przy jednoosobowej działalności?
Przy JDG w Polsce w nazwie musi pojawić się Twoje imię i nazwisko. Reszta to „doklejka”, którą możesz wykorzystać na doprecyzowanie branży, specjalizacji albo wartości. Przykład: „Anna Kowalska Marketing B2B”, „Piotr Zieliński Serwis Maszyn”.

Czy nazwa firmy jest na zawsze?
Nie. Możesz ją zmienić – w CEIDG stosunkowo łatwo, w KRS trochę bardziej formalnie. Im później, tym drożej i trudniej, ale nie jesteś skazany na pierwszą nazwę do końca istnienia firmy.

Jak sensownie sprawdzić dostępność nazwy?
Ja robię to w trzech krokach:

  1. CEIDG i KRS – czy ktoś o bardzo podobnej nazwie nie działa w Twojej branży.
  2. Domeny – przede wszystkim .pl i .com.
  3. Bazy znaków towarowych – polski Urząd Patentowy, a przy planach zagranicznych także EUIPO.

Czy nazwa powinna opisywać branżę?
Może, ale nie musi. Na starcie opisowość pomaga (łatwiej zrozumieć, czym się zajmujesz), ale im bardziej myślisz o skalowaniu, tym bardziej przydaje się pewien poziom abstrakcji lub skojarzeniowości. Lubię rozwiązania pośrodku: nazwa, która daje delikatną wskazówkę, ale nie zamyka Cię w jednym pudełku.

Jak testować nazwę zanim wejdzie na rynek?
Rozmawiaj z ludźmi spoza swojej bańki, pokaż nazwę w kontekście (na stronie, wizytówce, w mailu), zrób małe badanie w social media. Szukaj nie tyle „podoba się/nie podoba się”, co informacji o skojarzeniach, łatwości wymowy i zapisu.

Podsumowanie: nazwa jako inwestycja, nie drobny detal

Z mojego doświadczenia jako konsultanta e-commerce jedna rzecz jest bardzo jasna: nazwa firmy to nie jest temat na „piątek po południu”. To strategiczna decyzja, która wpływa na:

  • to, jak ludzie Cię zapamiętają (albo czy w ogóle zapamiętają),
  • to, jak łatwo będzie Cię znaleźć w internecie,
  • to, jak zbudujesz ofertę i komunikację za kilka lat.

Idealna nazwa łączy prostotę z unikalnością, jest spójna z misją i kierunkiem rozwoju oraz przechodzi test realnego użycia – w ustach klientów, w wyszukiwarce, na fakturze i w reklamie.

Jeśli podejdziesz do tego procesu świadomie – od pierwszych szkiców, przez testy, aż po sprawdzenie dostępności i ochronę prawną – zbudujesz nie tylko ładne słowo, ale konkretny zasób biznesowy. A to właśnie takie elementy, pozornie „miękkie”, często robią różnicę między firmą, która walczy o uwagę, a firmą, którą klienci wpisują w pasek przeglądarki z pamięci.